Kryzys imigracyjny,czyli gwoźdź do trumny UE już wykuty

ePub czas dodania: 2015:09:21 18:30 komentarzy 0
Sytuacja w UE robi się naprawdę ciekawa. Cały problem jest de facto winą Niemiec, które bez imigrantów zwyczajnie nie są w stanie funkcjonować, więc nie dopuszczą do całkowitego zamknięcia granic.

 Bardzo długo się nie odzywałem. A to dlatego, że tak naprawdę w polskiej polityce nic się nowego nie dzieje.

 

Paweł Kukiz wywołał co prawda spory szum, ale jak było do przewidzenia postulowany przez niego „brak struktur” w praktyce ograniczył się do znanej skądinąd zasady „partia to ja”. A to nie spodobało się części zaangażowanych w projekt stowarzyszeń i związków zawodowych. Kilka z nich zabrało zabawki i poszło do innej piaskownicy – i tym samym pogrzebało jakiekolwiek szanse na to, byśmy w Polsce mieli JOWy w przewidywalnej przyszłości.

 

A to oznacza, że dla mnie polska polityka jest dzisiaj wyłącznie teatrzykiem bez żadnego realnego znaczenia. Bo bez JOWów porażka PO oznacza tylko tyle, że prędzej czy później ci sami ludzie z tym samym programem wygrają wybory pod innym szyldem, dla niepoznaki wrzucając na listy wyborcze parę nowych twarzy.

 

Ale nie o tym miał być ten tekst.

 

Sytuacja w UE robi się naprawdę ciekawa. Cały problem jest de facto winą Niemiec, które bez imigrantów zwyczajnie nie są w stanie funkcjonować, więc nie dopuszczą do całkowitego zamknięcia granic. Z drugiej strony Niemcy pamiętają Spartę i nie zamierzają pozwolić imigrantom na faktyczne przejęcie kontroli nad krajem. Angela Merkel najwidoczniej wymyśliła, że zaprosi imigrantów z Syrii. Czyli tak naprawdę skądkolwiek, bo jak słusznie zauważył Nigel Farage jakikolwiek losowy osioł może teraz pieprznąć dokumenty za burtę i twierdzić, że jest z Syrii. I tak nikt tego nie sprawdza. Wracając do rzeczy kanclerz Niemiec umyśliła sobie przyjąć tyle imigrantów, ile Niemcy potrzebują, a resztę UE zmienić w magazyn siły roboczej, przechowującej całą resztę imigrantów specjalnie na przyszłe potrzeby Niemiec. Oczywiście oficjalnie to ma być wielkie miłosierdzie, humanitaryzm i co tam jeszcze.

 

Rzecz w tym, że w momencie gdy Niemcy złamały układ z Schengen - tak naprawdę runęły ostatnie realne podstawy Unii Europejskiej jako takiej. Państwa członkowskie nie należące do ściśle pojmowanej elity władzy w UE tak naprawdę nie zyskują w tym momencie wiele na członkostwie poza unią celną. Już w tym momencie wiadomo, że wielcy gracze mogą bezkarnie wprowadzić kontrole na granicach i nie wpuszczać do siebie obywateli innych krajów UE. Wiadomo też, że wielcy gracze, to jest Francja i Niemcy, mogą bezczelnie dotować własne banki za pomocą wsparcia dla zadłużonych krajów UE. Zadłużonych właśnie w niemieckich i francuskich bankach. Co więcej powodem zaistnienia zadłużenia jest fakt, że wspólna waluta zafałszowała realne możliwości spłaty długu przez mniejsze kraje, takie jak Grecja czy Włochy. Tak naprawdę w tym momencie Unia pozostaje już tylko reżimem totalitarnym, narzucającym przemocą i szantażem swą władzę państwom członkowskim.

 

Cała heca z polityką „otwartych ramion” może zresztą mieć też drugie dno, o którym mówił ostatnio były prezydent Czech Václav Klaus. Tym drugim dnem jest zniszczenie Europy narodów za pomocą fali muzułmańskich imigrantów. Brukselskie VIPy roją sobie, że imigrantów będzie się dało medialnie ugnieść jak plastelinę i wyrzeźbić z nich nowy, lepszy „naród europejski”. W rzeczywistości szanse na to są absolutnie zerowe. Bo tak się składa, że to zwykle przedstawiciele najbardziej fundamentalistycznych odłamów Islamu sunnickiego, czyli choćby wahhabici. To przecież z radykalnymi sunnitami z Bractwa Muzułmańskiego miał problemy Assad, a obecnie wchodzą oni w skład władz Syrii. A przypomnę, że lwia część arabskich terrorystów na świecie to właśnie radykalni sunnici, dokładnie tacy sami, jak ci z w Syrii. Państwo Islamskie to także radykalni sunnici.

 

Mówiąc wprost, panowie w Brukseli planowali stworzyć za pomocą Unii Europejskiej takie Stany Zjednoczone Europy i Azji, by następnie rzucić wyzwanie USA. Temu służyła Strefa Euro, temu służy Traktat Lizboński, także pomysły armii europejskiej, unii fiskalnej i wspólnej polityki zagranicznej zmierzają właśnie w tym kierunku. Pojawił się jednak problem. Okazało się, że ci parszywi niewolnicy mają czelność mieć jakieś zdanie i nie godzić się na wielkie projekty oświeconej władzy w Brukseli. I ku niepomiernemu zdziwieniu VIPów, karmienie ludzi nachalną i bezczelną europropagandą nie zmniejsza popularności partii eurosceptycznych. Na domiar złego niechęć do UE w Wielkiej Brytanii osiągnęła takie rozmiary, że premier UK David Cameron musi realnie liczyć się z takimi poglądami i posunął się nawet do referendum na temat ewentualnego wyjścia UK z UE. Bardzo możliwe, że w takiej sytuacji Bruksela postanowiła zaorać całą Europę tłumami islamskich pseudouchodźców, żeby rozbić przeszkadzające w eurointegracji więzi narodowe.

 

Osobną sprawą jest problem samych uchodźców/imigrantów.

 

Od samego początku tej sprawy wielu polityków, dziennikarzy i publicystów ostrzegało przed wieloma problemami związanymi z przyjmowaniem takiej liczby uchodźców. Ważniejsze z głosów to Patryk Jaki w Sejmie oraz Nigel Farage na forum UE. Ważne problemy podniósł też Jarosław Kaczyński. Co prawda stwierdzenie Kaczyńskiego o 54 strefach no-go w Szwecji zostało wyśmiane. Ale internet bezlitośnie wytknął mainstreamowym mediom hipokryzję.

 

Tak, problem z terrorystami ISIS wmieszanymi w tłum uchodźców jest śmiertelnie poważny. I choćby to jedno powinno stanowić wystarczający argument. ISIS wcale nie ukrywa, że wysyła swoich bojowników do Europy w ten sposób. I powiedzmy to sobie szczerze, polskie służby będą wobec takich zamachowców całkowicie bezradne. O islamskich osiedlach, do których Francuzi nie mają wstępu i prawo tam nie sięga, wiem z relacji znajomego, który pracował był w tym kraju na budowach. I potwierdzał, że taka sytuacja ma tam miejsce. A mówił mi o tym dwa lata temu, a więc kiedy całego tego kryzysu imigracyjnego jeszcze nie było. Dla mnie więc słowa Kaczyńskiego nie były zaskoczeniem.

 

Problem w tym, że jedynym skutecznym sposobem uszczelnienia naszych granic jest wyjście z UE. A to nie takie proste. Po pierwsze dlatego, że tak naprawdę nie wiadomo, w jakim trybie miałoby się to odbyć. Nie ma żadnych procedur. Po drugie samo hasło „wyjście Polski z UE” jest konsekwentnie przez mainstreamowe media w Polsce przerabiane na słowo-klucz służące do okładania oponentów po mordach. Straszne! Oni chcą wyprowadzić Polskę z UE! Będą huragany! Powodzie! Wybuchy wulkanów! Chcą wyprowadzić Polskę z UE! Zapłoną lasy! Będzie pandemia cholery! Nastanie trzy dni ciemności! W Ziemię uderzy olbrzymia asteroida! No po prostu oni chcą wyprowadzić Polskę z UE!

 

Wielu ludzi ma mózgi tak sprane, że nawet się nie zastanawiają nad realnymi konsekwencjami bycia Polski w UE i nad tym, czy właściwie po wyjściu z UE coś by się zmieniło.

 

Powiedzmy sobie szczerze - Polacy poparli wejście do UE głównie z powodu możliwości pracy w innych krajach Unii. Teraz ta możliwość staje pod znakiem zapytania. Do tego od paru już lat nie jesteśmy płatnikiem netto. Więcej płacimy do kasy UE niż z niej dostajemy. Do tego nasz parlament musi zajmować się tonami śmieci legislacyjnych, trafiających do Polski z Brukseli. Do tego Unia Europejska łamie własne prawo domagając się od Polski dostosowania się do jedynie słusznych standardów unijnych w kwestiach moralnych, które miały przecież pozostawać w gestii krajów członkowskich. Coraz wyraźniejsze są żądania wprowadzenia aborcji na życzenie czy też uchwalenia promowanych przez wojujące feministki (by nie powiedzieć „feminazistki”) bzdurnych przepisów. Bo jak nie, to zostaniemy ukarani za to, tamto i jeszcze parę innych rzeczy. I sugestia, że jak się dostosujemy do unijnej moralności, to na nasze niedomagania popatrzą przez palce. Nie jest też tak, że stracimy poparcie Unii Europejskiej w sprawie naszej polityki energetycznej, bo takiego poparcia nigdy nie mieliśmy i mieć raczej nie będziemy.

 

Po co nam tak naprawdę ta Unia w takim kształcie, jaka jest obecnie? Naprawdę myślicie, drodzy czytelnicy, że jak losowy Niemiec zechce kupić przysłowiowe wihajstry i polskie będą dobre za dobrą cenę, to nie kupi „bo to ta obrzydliwa Polska, co to wyszła z naszej ukochanej UE”? Jak słusznie powiedział Nigel Farage: „jeśli produkuje pan wihajstry i to są dobre wihajstry, i są za dobrą cenę – to tak jest, proszę pana, będę kupował pańskie wihajstry”. Poza tym nie bądźmy niepoważni. Kto więcej zyskuje na braku ceł? Jakieś 10% ogólnego ruchu wędrującego z Polski do UE? Czy może 90% towarów pchanych przez polską granicę przez unijne molochy? Przecież nie można twierdzić, że równie wiele polskich firm zarabia na handlu z UE, co unijnych firm na handlu z Polską. Waga jest w sposób oczywisty ogromnie przechylona na stronę Unii.

 

Nie jest tak, że nawet jeśli sieci supermarketów będą zmuszone podnieść ceny i spadną im obroty, to pozostanie pustka. Większe ceny w supermarketach przełożą się na większe obroty w małych, polskich sklepach, co oznacza zainwestowanie przez ich właścicieli w nowe sklepy i tym samym nowe miejsca pracy na miejsce tych utraconych w supermarketach. A to dobra wiadomość, bo większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z dysproporcji. Nawet niewielki supermarket potrafi mieć obroty rzędu 60-80 tys. zł dziennie. Zatrudniając przy tym około 20 pracowników. Takie obroty mają co najmniej 4 małe sklepiki, z których każdy zatrudni minimum 6-7 osób. To jest lekko licząc 24-28 osób na miejsce dwudziestu. Do tego pamiętajmy, że małe sklepiki zapłacą podatek, a supermarkety go na ogół nie płacą. Co więcej właściciele małych sklepów wydadzą zyski na lokalnym rynku, czyli wzrosną obroty innych polskich firm. Których właściciele również wydadzą zyski w okolicznych sklepach. Właściciele supermarketów natomiast wydają zarobioną kasę w swoich krajach i Polska na tym nie korzysta. Co więcej wreszcie supermarkety będą bronić się przed cłami zastępując zagraniczne towary krajowymi. Innymi słowy zdrożeje Coca-Cola i Pepsi, a stanieje Zbyszko czy Helena. I wcale nie musi to oznaczać większych cen na komputery itp. bo nigdzie nie jest napisane, że cło nie może być zerowe jeśli danego towaru i tak krajowi producenci nie wytwarzają.

 

Gdybyśmy mieli normalne media, to należałoby mniej więcej teraz zacząć przygotowywać Polaków do myśli o ewentualnym wyjściu z Unii Europejskiej zadając politykom bardzo proste pytanie: „Jakie decyzje musiałyby podjąć władze Unii Europejskiej by pan/pani uznała, że dalsze bycie Polski w UE po prostu się już nie opłaca?” Byłoby ciekawie zobaczyć odpowiedź na to pytanie w wykonaniu Ewy Kopacz czy Leszka Millera.

licznik: 679 + 0 / 0 - promuj
captcha
x

Zgłoszenie komentarza

dodaj komentarz

x
komentarzy: 0 kolejność: wg punktacji najstarsze najnowsze